Feminizm, polityka i Kościół
11-03-2008
Feminizm, owszem, rozwinął się, ale kwasu z roku na rok sączyło się coraz więcej. Dziś, po doświadczeniach lat 2005-07, czyli po triumfach populistycznej, narodowej prawicy, widać jasno, że debata o prawach kobiet to w gruncie rzeczy dyskusja o "polskości" i "narodzie". O tym, jaka rola w definiowaniu tych pojęć przypada Kościołowi katolickiemu.
Nie chodzi tylko o to, że większość Polaków to katolicy, a ruch kobiecy buntuje się przeciw tradycyjnej, katolickiej kulturze. Chodzi o to, że jest to bunt przeciw pewnej definicji narodu - tej, w której "honor" upokarzanej przez wieki wspólnoty jest silnie spleciony z konserwatywnym wyobrażeniem męskości i kobiecości. Strażnikami tegoż honoru stali się przedstawiciele skrajnej prawicy i ultrakonserwatywni biskupi.
Gdyby Pieronek wystąpił po prostu jako wysokiej rangi kapłan, byłby to zwykły nietakt. Kłopot polega na tym, że biskup, który wypowiada się w kwestiach praw kobiet, przemawia jako ucieleśnienie polskości i patriotyzmu. Dlatego może mówić rzeczy skandaliczne, posługiwać się mową nienawiści i nadal uchodzić za człowieka światłego i łagodnego oraz wybitnego intelektualistę.
