Beskidy - powroty bez końca
08-04-2007
Między Krynicą a Komańczą, rozciągają się niewysokie pasma gór, do których zawsze będę wracał. Dawno, dawno temu te górki wyglądały całkiem inaczej. Lasów było jak na lekarstwo, za to ludzi dużo. Wioski i ich przysiółki oblepiały dna dolin i stoki gór.
W każdej wsi błyszczały w słońcu bańki cerkwi. Taki był obraz Łemkowszczyzny wciśniętej między Beskid Sądecki a Bieszczady. Gór wtedy było więcej w granicach Rzeczpospolitej, i nawet w Bieszczady jeśli ktoś jeździł, to raczej w te bardziej wschodnie, dziś leżące na Ukrainie. Wczasowicze i wędrowcy korzystali z dobrodziejstw Czarnohory albo Tatr. Karpackie pasma pomiędzy nimi były niczym terra incognita. A już zupełnie ignorowany był Beskid Niski – najniższy w całych Karpatach od Słowacji po Rumunię.
